„Pollywood” – filmowa podróż Pawła Ferdka do źródeł amerykańskiego snu

Lekki, błyskotliwy i inteligentnie autoironiczny – taki jest dokument Pawła Ferdka „Pollywood”, który z wdziękiem łączy humor, historię i filmową pasję. To opowieść o determinacji i odwadze ludzi, którzy z mazowieckich miasteczek ruszyli na podbój świata i… stworzyli Hollywood.

– Ten film był dla mnie wielką, kilkuletnią podróżą w nieznane – przyznaje reżyser.

Od Mazowsza do Fabryki Snów

Inspiracją do powstania filmu stała się książka Andrzeja Krakowskiego „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood”, opisująca losy polskich Żydów, którzy na początku XX wieku wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i odegrali kluczową rolę w narodzinach amerykańskiej kinematografii.

Szmul Gelbfisz, Eliezer Meir, Hirsz, Aaron, Szmul i Izaak Wonsalowie (późniejsi Warnerowie) to prawdziwe nazwiska ludzi, którzy wyjechali z biednych mazowieckich sztetli, zabierając ze sobą jedynie marzenia, upór i odwagę graniczącą z brawurą. Dziś cały świat zna ich już pod amerykańskimi nazwiskami – Samuel Goldwyn, Louis B. Mayer czy bracia Warnerowie – założyciele wytwórni, które na zawsze odmieniły kino.

Ferdek rusza ich śladem – z rodzinnego Krasnosielca i okolic Warszawy aż do Los Angeles. W efekcie powstał film, który jest nie tylko dokumentem, ale też osobistym dziennikiem podróży autora.

Dokument drogi z przymrużeniem oka

„Pollywood” to film drogi w najlepszym tego słowa znaczeniu – dosłownie i metaforycznie. Reżyser przemierza Amerykę w poszukiwaniu tajemnicy sukcesu dawnych emigrantów i współczesnych hollywoodzkich gigantów. Na swojej drodze spotyka m.in. Andrzeja Krakowskiego, Bretta Ratnera, Paula Maslansky’ego, Michaela Gruskoffa, Sandy’ego Liebersona, Gregory’ego Orra, Stevena Bingena, współpracowników Quentina Tarantino czy twórców „Piratów z Karaibów”.

W rozmowach z nimi próbuje zrozumieć, co decyduje o sukcesie w świecie kina – talent, przypadek, a może… dobry marketing? Często jednak napotyka mur dystansu i niedostępności, zderzając się z realiami branży, w której magia filmowa idzie w parze z brutalną ekonomią.

Humor, autoironia i gorzka refleksja

Film Ferdka pełen jest ciepłego humoru i autoironii. Sceny, w których reżyser próbuje dostać się na galę Oscarów, pokazując legitymację Stowarzyszenia Filmowców Polskich, budzą autentyczny śmiech. Podobnie jak sugestie hollywoodzkich rozmówców, by „dla kariery” zorganizował suto zakrapianą imprezę albo… bogato się ożenił.

Ale pod tą lekkością kryje się poważniejsza refleksja – o granicach marzeń, o iluzjach i o tym, jak bardzo świat kina zmienił się od czasów pionierów. Konfrontacja współczesnej Fabryki Snów z mazowieckim Krasnosielcem to zderzenie dwóch światów – i dwóch definicji sukcesu.

Od mitu do uniwersalnej opowieści

„Pollywood” to nie tylko podróż śladami twórców Hollywood. To także film o potędze marzeń i determinacji, o imigrantach, którzy z niczego zbudowali imperium wyobraźni. Paweł Ferdek zadaje pytanie: czy dziś, w epoce cyfrowej globalizacji, wciąż możliwy jest podobny mit? Czy kino nadal potrafi być wehikułem spełniania marzeń?

Dzięki lekkiemu tonowi, dynamicznemu montażowi i inteligentnej narracji, film unika ciężaru historycznego eseju. Staje się opowieścią uniwersalną – o tym, jak bardzo każdy z nas chciałby choć raz dotknąć swojego „Hollywood”.

Festiwalowy sukces i dostępność

Światowa premiera filmu odbyła się na Krakowskim Festiwalu Filmowym, gdzie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Dziś „Pollywood” można oglądać jako inspirującą lekcję historii kina, jak i pogodny, osobisty dokument o sile wyobraźni.

Warto przeczytać